Co dał mi wyjazd do Stanów?

Poza tuzinem magnesów na lodówkę, odnowioną garderobą i pierwszym w życiu iPhonem, ze Stanów przywiozę coś znacznie cenniejszego, czyli wspomnienia. Na kilka dni przed wylotem do Polski jestem trochę rozdarta: z jednej strony nie chce wyjeżdżać ze Stanów, z drugiej zaś – pora wrócić do normalności i wdrożyć w życie wszystko to, czego się tutaj nauczyłam.

Jak dotychczas żadne półrocze w moim życiu nie było tak owocne i tak inspirujące jak tych ostatnich kilka miesięcy. Mieszkanie z dala od domu pozwoliło mi zmienić optykę i spojrzeć nieco bardziej globalnie na własne życie, plany i marzenia. Przebywając w innej kulturze, stopniowo zaczyna się przejmować jej mindset. Z pozycji „nie wiem, nie jestem pewna, być może” przeszłam do stanu „DO IT”. To największe osiągnięcie ostatnich kilku miesięcy.

You don’t know what you can do until you try

Gdy przyszłam na pierwsze zajęcia Conversation Lessons do mojej szkoły językowej, zostałam poddana krzyżowemu ogniowi pytań. Opowiadałam wówczas o sobie i m.in. wskazałam, że być może i chciałabym pracować jako prawnik w Stanach ale to niemożliwe, bo przecież nie mówię aż tak biegle po angielsku i nie znam specjalistycznego słownictwa na określenie tutejszych instytucji prawnych. Wówczas zostałam niemalże wybuczana  za użycie słowa „niemożliwe” i wszyscy jednym głosem jak mantrę powtarzali: „You don’t know what you can do until you try”, wskazując palcem na cytat widniejący nad tablicą. Nie zrobiło to na mnie wówczas większego wrażenia. Zwyczajnie wzięłam ich wszystkich za niepoprawnych optymistów, którzy przecież życia nie znają.

Mijały tygodnie, a ja systematycznie zaczęłam obserwować zachodzącą w sobie zmianę. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu niemalże kuriozalnym wydawał mi się wyjazd do Stanów i rozpoczęcie pisania bloga, a jednak tu jestem i na dokładkę założyłam livethedream.pl ! Pytania z cyklu: „Ale kto to będzie czytał…?” ucichły, gdy po wpisie o osobliwościach Ameryki odnotowałam siedemnaście tysięcy odwiedzających jednego dnia! Niemożliwe, a jednak! Obcowanie z ludźmi myślącymi w sposób „wszystko jest możliwe” sprawia, że zaczynamy wierzyć, że tak istotnie jest. A jeśli w coś naprawdę wierzymy, zaczynamy wdrażać to w życie i to faktycznie działa. Jestem na to najlepszym przykładem.

Jak bardzo dziwnie by to nie zabrzmiało, czuję, że mogę absolutnie wszystko. Jedyne ograniczenia istnieją tylko w mojej głowie. To niezwykle cenna lekcja.

Janusz cicho, bo „dzwonio”

Przylatując do Stanów miałam dziwną fobię dotyczącą rozmów telefonicznych. Otóż wbiłam sobie do głowy, że jeśli nie widzę ruchu ust rozmówcy, to z całą pewnością go nie zrozumiem. W moim przypadku działało to trochę jak samospełniające się proroctwo (jeśli ciekawi Wam dokładnie co to takiego, wejdźcie tutaj) – tak bardzo wbiłam sobie do głowy, że warunkiem koniecznym zrozumienia Amerykanina jest rozmawianie z nim twarzą w twarz, że faktycznie początkowo miałam problem z telefonowaniem,  słuchaniem radia czy podcastów po angielsku. Sytuacja była o tyle kuriozalna, że gdy tylko ktoś do mnie telefonował, zarządzałam martwą ciszę, bo nie daj Bóg jakiś szmer w okolicy sprawi, że czegoś nie zrozumiem.

Nie wyłapałam nawet momentu, w którym mi przeszło. Zwyczajnie któregoś dnia odebrałam telefon i rozmawiałam jak gdyby nigdy nic. Ba! Potem nawet sama łapałam za słuchawkę, żeby zarezerwować stolik czy zamówić jedzenie na wynos. Rozmowy telefoniczne przestały być problemem. Myślę, że po dłuższym pobycie za granicą coś w ludzkim mózgu się przestawia i dzięki temu możemy sprawnie funkcjonować w nowej rzeczywistości językowej. Tak też było w moim przypadku. Jak widać nie taki diabeł straszny jak go malują.

Docenisz jak stracisz?

Wyjazd do Stanów pozwolił mi spojrzeć na Europę, Polskę, a w szczególności na Kraków z zupełnie nowej perspektywy. Na co dzień nie doceniałam tego, że mieszkam w jednym z najpiękniejszych miast Europy, do którego Amerykanie tylko wzdychają. Oczywiście pomijam kwestię smogu, która notabene doprowadza mnie do czerwoności, ale abstrahując od tego – Kraków jest naprawdę wspaniałym i magicznym miastem. Uwielbiam jego klimat i dobrze mi się tutaj mieszka.

Pobyt w Californii i coweekendowe wypady po okolicy uświadomiły mi, jak mało miejsc zeksplorowałam na swoim rodzinnym podwórku i jak wiele jest jeszcze do zobaczenia nie tylko w samym Krakowie, ale również w jego okolicy. Mój typowy weekend w Krakowie wiązał się przede wszystkim z odpoczynkiem po całym tygodniu pracy, odgruzowywaniem mieszkania, robieniem zakupów na nadchodzący tydzień oraz spotkaniem ze znajomymi (to ostatnie akurat uwielbiam!). A gdzie tu czas na życie w tym wszystkim? Pobyt tutaj pozwolił mi zwolnić, uświadomił mi, że czas jest na tyle cenny, że powinnam go lepiej wykorzystywać. I taki mam plan po powrocie!

Co dalej z blogowaniem?

Nie chce kończyć swojego romansu z pisaniem! Livethedream.pl zmieni nieco charakter z bloga o Stanach na bloga o podróżach w ogólności. Są one moją wielką pasją i spełnieniem marzeń. Wciągają tak bardzo, że jak tylko zacznie się podróżować, to ciężko powiedzieć sobie stop. Jeszcze na dobre nie wyjechałam ze Stanów, a już kupiłam bilety do Lwowa na styczeń! Paradoksalnie nie samo zwiedzanie sprawia mi najwięcej radości, ale przebywanie z ludźmi, poznawanie ich kultury i stylu życia.

Ale to jeszcze nie koniec! Pobyt w Californii sprawił, że na nowo zakochałam się w Krakowie i owocem tej miłości jest nowy blog – Kraklajf.pl! To będzie zdecydowanie bardziej długoterminowy projekt i spełnienie się na polu, które sprawia mi mnóstwo radości. Mam nadzieję, że będziecie tam ze mną ❤❤❤!

 

Jedna myśl w temacie “Co dał mi wyjazd do Stanów?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s