Dlaczego już nie boję się latać

Ludzie dzielą się na 3 kategorie: tych, którzy nie boją się latać, tych, którzy boją się latać oraz tych, którzy już nie boją się latać (mimo, że kiedyś się bali).

Teraz wydaje mi się to nawet śmieszne, ale jeszcze nie tak dawno sam bałem się latać. I nie był to jakiś „lekki niepokój” – był to czasem paniczny lęk. W pewnym momencie uczucie strachu zaczęło być tak mocne, że przestałem latać całkowicie – na ponad 4 lata.

Ostatnio, podczas jednego z licznych lotów, które odbyłem w tym roku, zacząłem wspominać moją historię „radzenia sobie z lękiem”. Doskonale pamiętam, że była to droga niełatwa i nieoczywista – podejmowałem liczne bezskuteczne próby przezwyciężenia lęku, zanim ostatecznie udało mi się „wyleczyć”. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że nigdy nie uda mi się tego problemu rozwiązać. Postanowiłem więc, że napisze ten wpis – jeśli jakkolwiek pomoże on chociaż części z Was, to na pewno uznam, że było to warte wysiłku.

(jeśli nie interesuje Was cała historia, a jedynie samo „metirum” to przejdźcie od razu do sekcji „Kończ waść, strachu oszczędź”)

Dziecięca beztroska

Doskonale pamiętam swój pierwszy w życiu lot. Był ciepły letni dzień gdzieś w połowie 2000 roku. Moim rodzice postanowili, że pojedziemy na „rodzinne wakacje” razem z nieistniejącym już dziś biurem podróży Scan Holiday (zostało później wykupione przez TUI).

Napisałem „pojedziemy”? Miałem na myśli „polecimy”; cena wycieczki zawierała również przelot samolotem – z Krakowa do Salonik (czyli KRK ➡️ SKG dla fanatyków kodów IATA). Miał to być mój pierwszy w życiu lot.

Czy się bałem? A skąd! Byłem wręcz niezdrowo podekscytowany samym faktem, że pierwszy raz zobaczę co to znaczy „latać”.

Dodatkowo pamiętam, że lecieliśmy wtedy „starym dobrym LOTem” (nie mylić z obecnym „może nie odwołają mi lotu” LOTem) i w przeciwieństwie do dzisiejszych „tanich czarterów”, wszystkie drinki i przekąski były w cenie. Doskonale pamiętam, że podczas tego niezbyt długiego lotu zamówiłem chyba 3 lub 4 „herbaty z mlekiem” (jeśli nie jesteś z małopolski to i tak nie zrozumiesz – po prostu zaakceptuj). I tyle. Był start, przelot i lądowanie. Wielkie halo.

Strach ma wielkie oczy (i najwyraźniej opóźniony zapłon)

Moje późniejsze loty nie były jakieś bardzo częste. Myślę, że można przyjąć średnio 1 lot „tam i z powrotem” na rok. Nie pamiętam za bardzo moich początkowych lotniczych podróży –  pamiętam natomiast, że jakoś w okolicy późnego liceum stopniowo zaczynałem bać się latać.

Dlaczego? „Też chciałbym to wiedzieć Stefan”, jak mawiał Jurek Kiler.

Nie wiem. Mimo późniejszych wysiłków różnej maści terapeutów, nigdy się do końca tego nie dowiedziałem. Z autopsji mogę jednak powiedzieć, że, w przypadku tej „przypadłości”, poznanie przyczyn nie jest wcale konieczne do wyleczenia objawów.

Co to jednak znaczy „stopniowo”? Zaczęło się od coraz większego niepokoju podczas każdego lotu. Kilka (lub kilkanaście) lotów później zacząłem bać się panicznie. I to nie tylko startu i lądowania. Bałem się już kilka dni przed lotem. Przylatując na wakacje codziennie myślałem o przerażającym mnie… locie powrotnym. No i przede wszystkim – bałem się strasznie podczas samego lotu.

Co to znaczy bałem się? Byłem po prostu przekonany, że ten cholerny samolot, ta ogromna blaszana puszka… spadnie.  Spadnie w dół jak kamień – a my wszyscy zginiemy. Autentycznie. Mimo znajomości statystyk i świadomości, że latanie jest bardzo bezpieczne, ja po prostu bałem się, że mój lot będzie właśnie tym „jednym pechowym na milion”. Mój lęk objawiał się ogromnym stresem podczas całego lotu (ze szczytowymi momentami podczas startu i lądowania). Ledwo byłem w stanie z kimś rozmawiać – głównie zajmowałem się intensywnym poceniem i skupianiem się na wszystkich dźwiękach (co paradoksalnie pogłębiało lęk, gdyż dorabiałem sobie „czarny scenariusz” do każdego „szumu” albo „piknięcia”). Byłem blady i przerażony.

Z każdym lotem było niestety coraz gorzej, więc w pewnym momencie powiedziałem sobie „Nigdy więcej”. I tak oto przestałem latać.

A może jednak

Minęło parę lat. I w końcu stwierdziłem, że mimo, iż bardzo lubię jeździć samochodem do Chorwacji, to jednak chciałbym zobaczyć więcej świata. Postawiłem „sobie pomóc” i skorzystać z usług terapeuty. Opiszę Wam tutaj, „ku przestrodze”, moje mniej i bardziej udane doświadczenia z terapeutami.

Pierwszy gość, do którego poszedłem był „z polecenia”. Niestety (dla mnie), był zadeklarowanym abstynentem i specjalizował się też w leczeniu alkoholików. Nasze sesje były dość monotematyczne: bardziej niż mój problem z lataniem, tego Pana interesowało „dlaczego pije”. Nie, nie byłem alkoholikiem (kto nie pił na studiach niech pierwszy rzuci kamieniem). Pan ten jednak, z uporem godnym lepszej sprawy, próbował wyleczyć mnie z picia alkoholu. Po kilu sesjach stwierdziłem, że taka terapia, choć może i była marzeniem mojej wątroby, raczej nie pomoże mi „wznieść się w przestworza”.

Drugi gość – typowy „psychoterapeuta”. Jeśli ktoś z Was nie wie czym jest psychoterapia, to już tłumaczę. Przychodzicie do terapeuty bo na przykład boicie się pająków. Psychoterapeuta wypytuje Was o różne rzeczy – głównie zachęca do samodzielnego opowiadania. I tak, ani się obejrzycie, a opowiadacie o relacjach z matką, o tym, że zawsze lubiliście słuchać smutnej muzyki, itd. Kilka spotkań później postanawiacie jednak zapytać „no dobrze, ale co z tymi samolotami?”. Dowiecie się, że najpierw musicie poznać i zrozumieć siebie, że terapeuta nie rozwiąże za Was przecież problemu. On jest tylko Waszym przewodnikiem w tej podróży wgłąb „własnego ja” i wcale nie jest powiedziane, że ta podróż zakończy się rozwiązaniem Waszego problemu. Mojego w każdym razie nie rozwiązała, choć pojawiła się pewna teoria na temat potencjalnych przyczyn lęku, który mógł mieć swoje korzenie w „chęci sprzeciwienia się ojcu”. Czy mi to w jakiś sposób pomogło? Nie. Następny.

Trzeci, a właściwie trzecia. Tutaj wiedziałem na co się piszę, bo poszedłem do kobiety, specjalizującej się w tzw. terapii poznawczo – behawioralnej. Ten rodzaj terapii ma -przynajmniej w teorii, ma skupiać się na rozwiązaniu konkretnych problemów, takich jak lęki lub np. depresja. Polega to w skrócie na tym, że korzystając z różnych narzędzi (np. wizualizacje) tworzymy sobie kontrolowaną „symulację” sytuacji lękowej. I stopniowo, przy pomocy terapeuty, oswajamy swój lęk w kontrolowanym środowisku. Wydawało się, że nawet trochę mi to pomogło. Błąd, który zrobiłem był taki, że odbyłem kilka spotkań, uznałem, że „chyba jest lepiej”, a dopiero pół roku później gdzieś poleciałem. Było trochę lepiej, ale „niewiele lepiej”. Mój stosunek do tej metody terapii jest więc dość neutralny – może dla kogoś to zadziała, ja ostatecznie znalazłem później inną metodę, która ostatecznie mi pomogła.

Kończ waść, strachu oszczędź

Mimo, że stopniowo zaczynałem latać, to jednak wciąż dość mocno się bałem. Stwierdziłem, że tak się nie da żyć i zainteresowałem się tematem dość dogłębnie.

Byłem o krok od zapisania się na jeden z tych warsztatów typu „z nami pokochasz latać”. To takie jedno lub dwudniowe zajęcia grupowe, spuentowane wspólnym lotem samolotem. Czy to działa? Nie wiem. Obstawiam, że w jakimś stopniu pewnie pomaga. Ostatecznie zniechęciły mnie dwie rzeczy: dość wysoka cena (kilka tysięcy złotych) oraz fakt, że, według mojej ówczesnej wiedzy, takie szkolenia na terenie Polski odbywały się tylko w Warszawie. Postanowiłem więc odłożyć to w czasie.

Niedługo później natrafiłem w internecie na pewną książkę. Mimo sceptycyzmu, stwierdziłem, że jeśli jest choć cień szansy na sukces, to 18 dolarów będzie bardzo niską ceną za rozwiązanie mojego problemu. Szczególnie że książka miała ocenę 4.5/5 w serwisie Amazon. Po jakimś czasie okazało się był to strzał w dziesiątkę – bez wahania mogę powiedzieć, że to właśnie ta książka zmieniła moje życie na lepsze. A oto ona:

soar

Ta wyglądająca niepozornie książką została napisana przez zawodowego pilota z bardzo długim doświadczeniem. Postanowił on w pewnym momencie swojego życia skupić się na pomaganiu ludziom z awiatofobią; ukończył studia psychologiczne i został licencjonowanym terapeutą.

Co jest w tej książce „innego”? Fakt, że mamy do czynienia z autorem, który ma dwie perspektywy. Z jednej strony jest to doświadczony pilot, który „zęby zjadł” na lataniu i może szczegółowo wytłumaczyć nam każdy aspekt lotu. Z drugiej – psycholog, który rozumie procesy lękowe zachodzące w naszym mózgu. Czytając tę książkę mamy po prostu poczucie, że „ten gość zna się na rzeczy”.

Warto dodać, że oprócz książki istnieją także warsztaty, płyty DVD, itd. – jeśli ciekawi Was coś poza książką to możecie zajrzeć do oficjalnego sklepu SOAR.

Meritum

Boisz się latać? Po prostu sięgnij po tę książkę. Jeśli w szkole miałeś mandaryński jako „pierwszy język” to niestety będziesz musiał nauczyć się angielskiego, gdyż według mojej wiedzy, książka nie została nigdy wydana po polsku.

Żeby jednak nie zostawiać Was „z niczym” poniżej rzucę kilka tematów, które wspomniana książka porusza. Poniżej przedstawiam Wam moje główne „punkty lękowe” i opisuję dlaczego ta książka mi pomogła.

„Przecież to spadnie”

No bo przecież – tyle ton stali! Nawet jak jakimś cudem wzniesie się to w powietrze, to tylko czekać jak coś pójdzie nie tak – chwila moment i spadamy jak kamień.

Jak dowiecie się z tej książki – tak to nie działa. Autor ze szczegółami opisuje dlaczego samolot lata z fizycznego punktu widzenia. Robi to w tak ciekawy sposób, że nie tylko udało mi się przełamać mój lęk, ale stałem się wręcz swego rodzaju pasjonatem lotnictwa. Ciekawią mnie na przykład różne zasady i procedury z tym związane – ostatnio na przykład dowiedziałem się, że dwa samoloty mogą lądować równolegle obok siebie jeśli lotnisko ma 2 pasy startowe. Popatrzcie na filmik poniżej z podchodzenia do lądowania na San Francisco International Airport. Notabene mieszkamy teraz parę mil od tego lotniska i bardzo często możemy podziwiać takie „multilądowania”.

„A kiedyś spadł”

Tak, wypadki się zdarzają. Są jednak bardzo rzadkie – szansa, że nasz samolot będzie miał wypadek wynosi około 1 do 1 000 000. Szansa, że się rozbije i przy okazji zginiemy 1 : 11 000 000 (to mniej więcej tyle ile szansa trafienie „szóstki w totka”).

Co jednak moim zdaniem jest najbardziej „budujące”? Malejąca z roku na rok liczba wypadków lotniczych. Dlaczego? Ano dlatego, że każdy wypadek jest dokładnie analizowany przez ICAO (International Civil Aviation Organization) i zazwyczaj po każdym wypadku wprowadzane są nowe procedury, mające zapobiec podobnej sytuacji w przyszłości.

Po którymś z wypadków wprowadzono przykładowo obowiązkowy system TCAS dla każdego samolotu z minimum 19 pasażerami. Inne wypadki sprawiły, że wprowadzono obowiązek montowania tzw. radarów pogodowych w każdym samolocie pasażerskim.

Jeśli zaciekawił Was temat, to więcej przykładów możecie znaleźć tutaj.

„Co to był za dźwięk? Chyba coś niedobrego dzieje się z samolotem!”

Ileż to razy miałem te wszystkie myśli w głowie… „Oj, ledwo wystartowaliśmy, a chwile później silniki jakby osłabły – to chyba niedobrze. Na pewno coś niedobrego dzieje się z samolotem.”

Dzięki wspomnianej książce dowiecie się krok po kroku co dokładnie dzieje się się z samolotem podczas każdego lotu. Na przykład, że te „słabnące silniki” to tzw. procedura „noise abatement”, zgodnie z którą na wysokości około 300 – 500 m piloci z reguły  chwilowo redukują moc silników, żeby ograniczyć hałas dla mieszkańców terenów około lotniskowych.

Tego typu elementów jest wiele podczas każdego lotu – zrozumienie każdego z nich sprawia, że jesteśmy o krok bliżej pozbycia się lęku. Poniżej wrzucam Wam przykładowy filmik, który pobieżnie tłumaczy kilka z nich.

„Błagam, tylko nie turbulencje”

A właściwie dlaczego? Ja też kiedyś się ich bałem, ale dzięki tej książce zrozumiałem, że są one jak drobne nierówności i wyboje na drodze dla samochodu – nie zawsze jesteśmy w stanie ich unikać, ale nie zagrażają one w żadnej mierze konstrukcji pojazdu.

Z samolotami jest podobnie – to co dla Was wydaje się „mocno odczuwalnymi turbulencjami” to prawdopodobnie nie jest nawet 20% maksymalnego bezpiecznego przeciążenia dla samolotu. Z książki dowiecie się też, dlaczego piloci czasem z opóźnieniem włączają lampkę „zapiąć pasy” – ich organizmy są tak przyzwyczajone do turbulencji jako do naturalnej rzeczy, że często nawet nie mają świadomości, iż pasażerowie zaczęli odczuwać lekkie „wstrząsy”.

Mój mózg dalej się boi

Oprócz świadomej części Waszego mózgu, która może mieć jakieś świadome przekonania, istnieje jeszcze podświadomość. A także takie części Waszego mózgu jak ciało migdałowate, które „alarmują” mózg i powodują wyrzut hormonów stresu, nawet w bezpiecznej sytuacji, wszczynając fałszywy alarm (a w Waszym przypadku lęk i chęć ucieczki).

Na całej szczęście nasz umysł można wytrenować. W książce kapitana Bunnsa znajdziecie konkretne ćwiczenia i narzędzia, które pozwolą Wam nauczyć Wasz mózg odpowiednich reakcji podczas lotu samolotem. Na początku byłem dość sceptyczny, ale właśnie te ćwiczenia (wykonywane regularnie) w połączeniu z wiedzą na temat „teorii latania” pomogły mi praktycznie całkowicie pozbyć się lęku.

Mam nadzieję, że pomogą i Wam. Wysokich lotów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s