Kiedy życzliwi pytają mnie: „Ale co Ty tam będziesz robiła tyle czasu w tej Ameryce?”

Zawsze odpowiadam z uśmiechem, że z pewnością znajdę sobie coś dla siebie. Nie wyjechałam przecież na Alaskę, gdzie gęstość zaludnienia na kilometr kwadratowy jest mniejsza niż 1, a ilość potencjalnych rozrywek – zważywszy na trwającą tam 9 miesięcy zimę, jest mocno ograniczona…

Bez pracy nie ma kołaczy

Swój pobyt w Stanach rozpoczęłam od złożenia wniosku o pozwolenie na pracę (tzw. EAD), gdyż wiza, na której tutaj przebywam (L2), co prawda pozwala na podjęcie zatrudnienia na terytorium Stanów Zjednoczonych, jednak wymaga uzyskania uprzedniego zezwolenia.  Wiza L2 jest dedykowana dla rodzin osób posiadających wizę L1 (mój mąż), która to, jak czytamy na stronie Ambasady USA: „przeznaczona jest dla pracowników międzynarodowych firm tymczasowo oddelegowanych do oddziału macierzystego bądź filii swojej firmy w USA.(…)”.  Do ubiegania się o nią – co istotne – kwalifikują się jedynie osoby na stanowisku kierowniczym lub wymagającym specjalistycznej wiedzy. Jeśli ciekawią Was szczegóły dotyczące poszczególnych typów wiz i kryteria, jakie należy spełnić aby je otrzymać, odsyłam na stronę Ambasady Stanów Zjednoczonych, gdzie wszystko zostało bardzo przejrzyście wyjaśnione.

Na rozpatrzenie wniosku o EAD czeka się około 90 dni, dlatego jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiłam tuż po przylocie było właśnie złożenie wspomnianego wniosku. Wzór formularza urzędowego, a także instrukcję dotyczącą jego wypełnienia znajdziecie tutaj: klik. Na rozpoznanie wniosku nie czekam jednak z założonymi rękami…

Co ja tu właściwie robię?

Z pewnością się nie nudzę i staram się dobrze zorganizować swój wolny czas. Świadomość, że będę go tutaj miała aż zanadto zaprowadziła mnie do idei związanej z blogowaniem. Zbieranie materiałów, a następnie przygotowywanie wpisów na bloga jest o dziwo dość czasochłonne, ale za to doskonale wypełnia mój czas wolny.

Życie na fali

Wreszcie mogę robić rzeczy, na które nigdy nie miałam czasu lub odwagi. Od odwagi zacznijmy – otóż zapisałam się na lekcje surfowania! Ja – cykor nr 1 wszelakich sportów wodnych. Oczywiście potrafię pływać, ale do naturalnych zbiorników wolnych podchodzę z dużą dozą nieśmiałości. Nie potrafię racjonalnie wyjaśnić skąd wzięła się moja niechęć, ale na szczęście powoli mi tutaj przechodzi. Myślę, że to za sprawą oceanu, który absolutnie mnie zafascynował! Można mieć ciarki na plecach wchodząc do wody ze świadomością, że Pacyfik zajmuje aż 1/3 powierzchni całej naszej planety! Bycie niesionym przez falę sprawia mnóstwo frajdy, a pierwsze sukcesy, chociażby tak błahe jak chwilowe utrzymanie równowagi, potrafią sprawić wiele radości.

Nie są to jednak łatwe rzeczy… Po pierwszej godzinie pływania myślałam, że odpadną mi ręce… Próbując podnieść się na desce trzeba się bowiem mocno zaprzeć na rękach, co początkowo jest dość trudne. Ważne, aby zbyt szybko się nie zniechęcać, gdyż jest to sport wymagający cierpliwości.

W okolicach San Francisco oraz Santa Cruz panują doskonałe warunki do tego typu sportów i można znaleźć tam szereg szkół surfingowych. Razem z mężem uczestniczyliśmy w zorganizowanym szkoleniu, w którym brało udział około dziesięciu osób pod opieką trzech instruktorów. Szkolenie zostało podzielone na dwie części: pierwsza miała charakter teoretyczny, gdzie pokrótce omawiano technikę i zasady bezpieczeństwa, a druga była próbą wdrożenia przekazanych zasad w życie. W cenę szkolenia wliczona została pianka (podobno „niesikana”, ale nigdy nie ma się co do tego całkowitej pewności;p) oraz deska. Szczegółowe informacje o szkole oraz kosztach zajęć znajdziecie pod linkiem tutaj.

 

(Fit)lifestyle

Mieszkamy w apartamentowcu, w którym do dyspozycji mieszkańców znajduje się siłownia oraz odkryty basen. Nawiasem mówiąc jest to tutaj dość powszechne zjawisko – tego typu udogodnienia znajdowały się w każdym z potencjalnych mieszkań do wynajęcia, które nam zaoferowano. Zapewne już nigdy nie nadarzy się już okazja, ażeby siłownia znajdowała się w odległości 50 metrów od mojego mieszkania, więc planuje to w pełni wykorzystać! Na siłownię staram się chodzić cztery razy w tygodniu z większymi lub mniejszymi sukcesami. Tutejsze jedzenie do lekkich nie należy, a przy moim braku silnej woli w kwestii odmawiania sobie jedzenia, pozostaje mi tylko sport. Dodatkowo, mój mąż wynajął mi rower za jedyne 60 baksów za cały nasz tutejszy pobyt! Nawiasem mówiąc tego typu oferty-perełki możecie znaleźć na odpowiedniku naszego OLX, czyli Craigsliście. Rower był strzałem w dziesiątkę, gdyż mieszkamy bardzo blisko zatoki, wzdłuż której prowadzi ścieżka rowerowa San Fransisco Bay Trail z cudownym widokiem na San Mateo Bridge. Nic tylko jeździć!

 

Bardziej społecznie

Prężnie działają tutaj rożne oddolne inicjatywny, a jedną z nich jest Meetup. Pasjonaci różnych dziedzin, chociażby takich jak wspinaczka, surfing czy gotowanie spotykają się i wymieniają doświadczeniami, a czasem ich spotkania mają wyłącznie towarzyski charakter. Strona łączy ludzi poprzez ich zainteresowania. Wydarzenia można wyszukiwać lokalnie, tematycznie lub po konkretnych datach. Nie uczestniczyłam osobiście jeszcze w żadnym z tego typu wydarzeń, tym niemniej zostały one sprawdzone przez naszych znajomych.

Ucz się ucz!

Czas spędzony w Stanach postanowiłam poświęcić przede wszystkim na podszlifowanie języka. Nigdy nie miałam problemów z angielskim, ale zważywszy na fakt, że w swojej pracy zawodowej posługiwałam się nim w bardzo ograniczonym zakresie, nie udało mi się dojść do takiego stopnia zaawansowania, który by mnie satysfakcjonował. Mogę zatem wreszcie zrobić to, na co zawsze brakowało mi czasu. Mąż podsunął mi ofertę szkoły dla dorosłych w San Mateo, gdzie zajęcia z cyklu „English as a second language” odbywają się całkowicie za darmo! Cykl zajęć poprzedza test umiejętności językowych, po którym studenci zostają zakwalifikowani do jednej z siedmiu grup zaawansowania.  Zajęcia odbywają się pięć razy w tygodniu po trzy godziny zegarowe o różnych porach dnia – rano, popołudniu i wieczorem. Swoją dyspozycyjność można ustalać indywidualnie z nauczycielem. Brzmi super, prawda? Pierwszy semestr kończy się w połowie grudnia, a zatem na chwilę przed naszym powrotem do Polski. Moje szkolenie wystartowało z początkiem tego tygodnia, dlatego póki co nie jestem jeszcze w stanie w jakikolwiek sposób go ocenić. Zważywszy na ogromne zainteresowanie programem, na niektóre poziomy zaawansowania tworzone są listy rezerwowe – tak też było w moim przypadku. Zakwalifikowałam się co prawda do poziomu C1, jednakże, w oczekiwaniu na wolne miejsca, póki co uczęszczam na zajęcia z grupą B2.

W październiku czeka mnie też trochę nauki do ostatniego egzaminu na aplikacji (ależ ja od tego odwykłam …!). W związku z tym pod koniec października planuję przylecieć do Polski na kilka dni. Mam nadzieję, że do tego czasu zdążę zatęsknić. Póki co jestem w stanie nieprzerwanej fascynacji Stanami i oby trwała ona jak najdłużej!

2 Comments on “Kiedy życzliwi pytają mnie: „Ale co Ty tam będziesz robiła tyle czasu w tej Ameryce?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: